Broken leg. Broken life?
RSS
czwartek, 03 grudnia 2009

Chirurg uznał, że pora śruby usunąć. Skierowanie do szpitala dostałem, zatem wypadało zająć się sprawą. Nastawiony bojowo po tym, co przeszedłem jakiś czas temu w tymże miejscu, wybrałem się rano załatwiać sprawę. O dziwo tym razem było profesjonalnie, miło i szybko. Szybko. Szybko na tyle, że ordynator chciał przeprowadzić zabieg w poniedziałek. Ten najbliższy. Zaskoczyło mnie to, na takie tempo absolutnie przygotowany nie byłem. Poza tym trudno tak z marszu, bez pozałatwiania bieżących spraw, kłaść się do szpitala, a potem do łóżka, póki się wszystko nie zagoi. Dlatego tez, trochę wbrew sobie, musiałem za to tempo podziękować. Ponoszę jeszcze trochę to zespolenie, a usunie się je na początku roku. To był plus dzisiejszego dnia. Oczywiście nie może być zbyt przyjemnie, więc musiał zostać zrównoważony przez minus. Z ordynatorskim błogosławieństwem zszedłem kilka pięter niżej, aby zgodnie z jego poleceniem zapisać się do poradni ortopedycznej. Zapisać się rzecz jasna nie zdołałem, potrzeba skierowania od lekarza pierwszego kontaktu (czy też konfliktu, jak to dziś jeden z lekarzy szpitalnych nazwał). Co więcej, samo skierowanie i tak nic mi nie da, bo zapisy będą po nowym roku. Polska, mieszkam w Polsce.

Ale i tak najważniejsze jest to, że skończyło się czekanie na zrost, jak tylko będzie można, a ja pozamykam bieżące kwestie, to pozbędę się złomu.

piątek, 27 listopada 2009

Stabilizatorowi mogę w końcu powiedzieć precz - tak przynajmniej stwierdził wczoraj chirurg. Półtora roku od wypadku minęło tydzień temu, najwyższa więc chyba pora, aby wreszcie tak się stało. Oczywiście nie pozbędę się go w ciągu tygodnia czy dwóch, ale jednak wsteczne odliczanie się zaczyna. Póki co mentalnie przygotowuję się do kolejnego podejścia do zapisu w szpitalu, ale to w przyszłym tygodniu, na razie troszkę skorzystam z życia - pierwszy koncert od półtora roku, padło na T.Love, choć początkowo miał to być Kult trzy tygodnie temu. Ostatecznie liczy się jednak fakt, że w końcu coś się dzieje pozytywnego. A i inne plany zaczynają być coraz śmielsze. Keep on rockin' ;)

niedziela, 18 października 2009

Distance matters. Odkąd wróciłem do pracy, pokonuję coraz większe odległości, niespecjalnie zwracając uwagę na oszczędzanie nogi. To znaczy pamiętam o tym, ale jeśli trzeba, to cóż poradzić. Idę dalej i się nie przejmuję. Choćby wczoraj - rano do pracy, ale wieczorem do kina, a ponieważ wieczorami na WFF z biletami bywa różnie, to rano przed pracą trzeba do Kinoteki po bilety. Potem jeszcze skok do sklepu komputerowego, bo nowa myszka potrzebna, więc znów spacerek. Jako się rzekło po pracy do kina, ale ponieważ wieczór miły, to potem jednak kontynuacja, skutkiem czego w domu byłem przed południem dzień później. Normalnie odespałbym i odpoczął, ale nie, bo znów trzeba wyjść, jechać, dotrzeć, bo spotkanie blogerów. Maraton konkretnie. Zatem do rana znów na nogach, potem powrót do domu i dopiero odpoczynek. Gdyby lekarz wiedział, jakie odległości pokonuję, wpadłby pewnie w lekką panikę. Cóż, każdy codziennie ma jakiś maraton. Ja też mam swoje.

poniedziałek, 03 sierpnia 2009

Śruby zostają. Przynajmniej jeszcze dwa miesiące, co dobrą wiadomością nie jest, ponieważ chciałbym już wrócić do pracy. Mój lekarz powiedzial mi jednak, żebym spróbował dowiedzieć się, czy nie dostanę dopuszczenia do pracy pomimo ich obecności. Trzeba będzie podzwonić.

Jednak nie to jest dziś elementem dominującym. Wszystko dlatego, iż dostałem skierowanie do szpitala, aby pokazać się tam i aby ktoś już na miejscu przejął prowadzenie przypadku, aż do zabiegu usunięcia zespolenia włącznie. Innymi słowy, "aby Pan tam w ogóle zaistniał", cytując lekarza. Skoro tak, to pojechałem, niechże będzie to dzień pod znakiem leczenia. Szpital Powiatowy. Specjalistyczny, żeby nie było, że to jakieś niewiadomoco, mają się czym chwalić. Między innymi oddziałem ortopedycznym. Przy wejściu rejestracja. Wziąłem numerek, cierpliwie odczekałem - poszło szybko, minuta, ruch był mały. Miła pani zerknęła na druczek skierowania i...

Zaczęło się. "To nie tutaj, niech Pan idzie piętro wyżej do poradni" - nie bardzo wiem, co poradnia ma wspólnego ze szpitalem, poza adresem rzecz jasna, ale niech będzie, idę, w końcu wielce jest prawdopodobne, że nie znam się na organizacji jednostki. Tym bardziej że to w końcu szpital, więc zapewne lekarze ze szpitala w niej przyjmują. Tam kolejka numer dwa, nieco dłuższa, na minut dziesięć. Kolejna miła pani w okienku i krótka piłka: "U nas zapisów nie ma, może Pan przyjść w styczniu albo dam listę adresów z poradniami w Warszawie". Poradnie w stolycy to ja mam... w świadomości, że istnieją, ale chcę się leczyć w miejscu zamieszkania, skoro mamy szpital, taki fajny, nowoczesny, dumę Powiatu i w ogóle. Tym bardziej, że podróżowanie ze śrubami w nodze nie należy do rzeczy łatwych i przyjemnych. Pani w okienku miała jednak średnią wiedzę na temat tego, jakie jeszcze mam opcje prócz Warszawy. Wróciłem więc do punktu wyjścia, czyli do informacyjno-rejestracyjnego punktu przy wejściu. Tam udzielenie informacji zrzucono na kierownika, którego akurat jednak nie było. Ja postanowiłem zadać niewinne pyanie - czy skierowanie do szpitala różni się od skierowania do poradni? "Oczywiście, dlaczego Pan nie powiedział?". No chwila, moment, miała je Pani w ręku? Czytała? Powiedzieć nie zdążyłem, a już mnie odesłano, więc kto tu nie uważał? Pominąłem jednak etap facepalm, podsunąłem jej pod oczy to skierowanie raz jeszcze i drążyłem temat - co w związku z tym? "Proszę pójść tu i tam".

Dobrze, mamy jakiś postęp. Naiwnie założyłem, że "tu i tam" oznacza oddział ortopedii. Dlatego zdziwiłem się trochę, widząc że wskazówki zaprowadziły mnie nie na ortopedię, ale na... Oddział ratunkowy. Chwilunia, momencik, czy ja potrzebuję ratunku od zaraz? Przecież usunięcie ma być za kilka miesięcy... No dobrze, bez paniki, może mają tu centralną rejestrację szpitalną. Kolejka była znacznie dłuższa, zanim się zarejestrowałem minęła godzina. Czyli łącznie już półtorej od początku zmagań. Kolejna - już nie tak miła - pani z "helpdesku" odesłała mnie do poczekalni. Zła była, sama, a ci wszyscy niedobrzy pacjenci coś od niej chcieli... Ja rozumiem, że czasem tak bywa, człowiek ma zły dzień, fullmoonzillę, PMS'a (ok, to akurat nie wszyscy), nie ma kiedy zjeść drugiego śniadania, zupa była za słona, whatever... Właśnie gdy siedziałem i rozmawiałem z nią, za moimi plecami rozpętała się mała awantura, ponieważ ludzie z rozmaitymi dolegliwościami czekali po dwie godziny aby ktokolwiek ich przyjął. Powiedzmy krótko, tu jest Polska, nie USA, a Szpital Powiatowy to nie Princeton-Plainsboro z House'a. Jednak nawet to nie tłumaczy chamskich odzywek wobec oczekujących ludzi. Kończąc dygresję, udałem się pokornie do poczekalni.

Jako się rzekło, czekali pacjenci po dwie godziny. Czekałem tyle i ja. Z każdą minutą wątpiłem coraz bardziej czy trafiłem w dobre miejsce, ale skoro już tyle wysiedziałem, to trwałem dalej na posterunku. W końcu wezwał mnie chirurg. Kiedy powiedziałem z czym przychodzę, wyciągnął z niedowierzaniem skierowanie z papierów, zrobił oczy jak pięć złotych (albo nawet jak jakaś kolekcjonerska setka w bilonie) i powiedział, że to nie do niego powinienem przyjść, że on to gipsy zakłada, a nie zdejmuje śruby - i kazał iść do poradni... Ok, here we go again. Ta jednak już nie pracowała, było po 15.30, więc wszyscy radośnie opuścili szpital po skończonej pracy zanim ja zdołałem dowiedzieć się, że tkwię w złym miejscu. Wyszli, podobnie jak kierownik informacji, którego pracownica swoim brakiem ogarnięcia zmarnowała mi 2,5 godziny (łącznie 3,5h spędzone w tym budynku)... Trzy rejestracje w jednym szpitalu, w każdej jakieś problemy... Oczywiście nigdzie zapisany nie jestem.

 

piątek, 19 czerwca 2009

Noga się zrasta. Tyle to ja wiem bez diagnozy lekarskiej, oczekiwałem większych konkretów rozmawiając ostatnio z chirurgiem. Chciałem - więc dostałem: zrasta się, ale nie jest to jeszcze całkowity zrost, jaki jest nam potrzebny by usunąć śruby. Nie tego się spodziewałem, nie po ponad roku od wypadku. Jednak dostałem też cukierka na osłodę - lekarz powiedział, że mogę raz jeszcze zacząć naukę chodzenia, tym razem przy pomocy jednej kuli. Paradoksalnie, jedna kula to więcej niż dwie, ponieważ oznacza to jakiś progres w leczeniu, istotny na tyle, by móc wykonać kolejny mały krok naprzód w kierunku całkowitego wyleczenia. Trochę dziwnie na razie czuję się podczas chodzenia w ten sposób, chwilami muszę balansować wolną ręką, by utrzymać równowagę. Ale jest postęp, to najważniejsze.

Wstań i odrzuć kule - tak mawia mój brat, kiedy widzi czasem jak muszę się z tymi dwoma patykami "bawić". Na obie jeszcze za wcześnie, ale jedną wczoraj odrzuciłem.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5

Let's rock